REFORMACJA – AKTUALNA POTRZEBA KOŚCIOŁA

Czyli dział poświęcony na wszelkiego rodzaju rozmowy niekoniecznie związane z przesłaniem forum
Awatar użytkownika
Grzes55555
Posty: 649
Rejestracja: czw wrz 24, 2015 10:17 pm

REFORMACJA – AKTUALNA POTRZEBA KOŚCIOŁA

Postautor: Grzes55555 » ndz maja 14, 2017 7:43 am

Mija właśnie 500 lat od historycznego wydarzenia, które w niewyobrażalny sposób zmieniło bieg historii całego świata. Nie byłoby dzisiejszego Zachodu w obecnym kształcie bez Reformacji. Należy zauważyć, że nie była to protestancka reformacja – ale reformacja katolicka(!). Reformacja nie przyszła z zewnątrz Kościoła katolickiego, a z wnętrza Kościoła, była odwróceniem się ludzi tego Kościoła od rażących wypaczeń i błędów, głosiła powrót do Boga w oparciu o Słowo Boże. Reformacji chodziło głównie o autorytet Słowa Bożego, a nie ustanowienia ludzkie, udziwnioną i błędną tradycję, czy w końcu o encykliki papieskie. Nauka reformatorów głosiła, że nie przez ludzkie zabiegi, nie nawet przez dobre uczynki, ale przez dzieło Chrystusa na krzyżu jesteśmy usprawiedliwieni i przyjęci przez Boga. Jeśli zbawienie ludzkości w jakimkolwiek aspekcie zależy od ludzkich zabiegów, próżna jest ludzka nadzieja. Na próżno ludzie pocieszają się ofiarami pieniężnymi, mszami i spowiedziami przed kapłanem, a nie przed Bogiem. Nadzieję zbawienia mamy z Pisma Świętego, cytując z ap. Pawła: „Cokolwiek bowiem przedtem napisano, dla naszego pouczenia napisano, abyśmy przez cierpliwość i przez pociechę z Pism nadzieję mieli” (Rzym. 15.4). Marcin Luter - augustiański mnich uspokajał swoje obawy udając się do Pisma Świętego.
Reformatorzy głosili, że Bóg, który nas stworzył, jak i środowisko, w którym żyjemy, ma prawo określać, jak należy oddawać Mu cześć. Należy powrócić do Słowa Bożego i mocno się go trzymać. Co to znaczy mocno? To znaczy z nadzieją, że jego przesłanie jest osiągalne! Stąd należy porzucić ludzką „wynalazczość” wprowadzoną do Kościoła. Ludzka wynalazczość to dodatki, jak np. „sprzedawanie odpustów”, „własna ludzka sprawiedliwość i dobre uczynki”, „kult Maryi”, wszystko to i wiele innych dodatków prowadzi do utraty nadziei. Niestety(!), nie cały kościół zawrócił z błędnej drogi. Gdy w IV wieku Kościół katolicki połączył się z państwem i zaczął sobie rościć prawo do bycia jedynym pośrednikiem zbawienia, nosi on oblicze Janusa (bóstwa rzymskiego o dwóch twarzach), czyli jest po prostu dwulicowy. I takim ukazuje się po dzień dzisiejszy, zwodząc w ten sposób wielu ludzi, pobudzając wręcz do bardzo surowej krytyki. Chodzi przecież o głęboką troskę wobec wszystkich prawdziwie wierzących, gdyż świat, coraz mniej zorientowany w sprawach chrześcijaństwa, nie potrafi już rozróżnić pomiędzy Kościołem władzy a Kościołem służby, pomiędzy zaszłościami historycznymi a tym, czego pragnął Jezus i apostołowie. Dlatego wydaje się bardziej konieczne niż kiedykolwiek zwrócenie uwagi na katolicką ambiwalencję. To znaczy docenić to, co w katolicyzmie jest biblijne, ale jednocześnie zdecydowanie wystąpić przeciw niebiblijnym dodatkom. Wspomniana ambiwalencja nie była cechą Kościoła katolickiego tylko w przeszłości. Dzisiaj również jest ona jego problematycznym znamieniem.
WALKA I KONFLIKT
Jak często bywa przy okazjach konfliktu, ma miejsce dodatkowa polaryzacja stanowisk i okopanie się na nowych, jeszcze bardziej radykalnych pozycjach. Okopanie się Kościoła katolickiego na niereformowalnych pozycjach miało miejsce na Soborze w Trydencie, a i w następnych wiekach. W tym miejscu aż ciśnie się pytanie: „Czy jedna Reformacja, ta sprzed 500 lat wystarczy? Czy kolejnych już nie potrzeba?” Niestety wraz z wejściem grzechu na świat, wszystko stało się bardzo mozolne. Nie wystarczy raz wypielić ogródek. Nie wystarczy raz wymienić olej w samochodzie. Potrzebujemy w życiu ciągłego wysiłku i wytrwania. Potrzebujemy czujności, ciągłego nawracania i ciągłej walki. Przecież cała Biblia woła: „trzymajmy się mocno jej treści”. Jeśli lekko i „na luzie” pochwycimy nadzieję, tę do której zostaliśmy powołani, to byle szturchnięcie, byle próba wytrąci ludziom nadzieję. I tak, nawrócenie – a tym była Reformacja – nie jest przeżyciem jednorazowym. Jest przecież stałym trwaniem w biblijnej prawdzie. Jeśli przyśniemy, okażemy się nieostrożni i niefrasobliwi, okradną nas(!) i pozbawią tej nadziei, do której zostaliśmy powołani! Walka wciąż trwa! Wyzwania są wielkie! Wiem, że każde pokolenie uważa swoje czasy za szczególnie ciężkie – to są czasy szczególne – dlatego, że to jest czas i odpowiedzialności przydzielone właśnie nam przez Boga!
GDZIE JESTEŚMY
Żyjemy w czasach, kiedy prawda się nie liczy – została zrelatywizowana, wyszydzona i wykpiona. Przestała odgrywać swą pierwotną rolę. Dzisiaj liczą się emocje, które są wyzwolone z prawdy. Dlatego taki „rozkwit” przeżywają ruchy charyzmatyczne, w tym i te w Kościele katolickim. Wszyscy szukają „Bożego prowadzenia” i pytają o nie (jakby nie wiadomo było gdzie je znaleźć) – podczas gdy tak naprawdę szukają siebie ponad wszystko. Istnieje przecież często przeświadczenie, że prawda, żeby mogła być prawdą musi zostać zsubiektyzowana. Prawda nie może być obiektywna, bo wtedy jest nudna, odległa i bez znaczenia dla mnie. Sama Biblia już nie wystarczy, to chyba oczywiste! Potrzebuję żywego kontaktu z Bogiem! Potrzebuję nowego słowa od niego. I to jest dla mnie! Wtedy dopiero będzie ono miało znaczenie dla mnie. A nie jakaś „zastygła, zatęchła” Biblia! Potrzebuję żywego głosu! „Ale poczekaj…! Przecież Bóg mówi, że Biblia jest wciąż żywa?!” A daj spokój! Jak często można to usłyszeć. Szukamy żywego głosu, nawet w tak odległym od Biblii Kościele katolickim. I nazywamy Słowem Bożym to, co nim nie jest! Jeżeli Bóg utożsamia się ze swoim Słowem – a tak mówi Biblia – angażujemy się w najbardziej odrażający rodzaj bałwochwalstwa.
DOKTRYNA
Doktryna (czyli prawda) i czystość przestały mieć znaczenie. Dlaczego? Dlatego, że zaczęło królować zwątpienie. Prawda przecież jest nieosiągalna. Cała nasza kultura stała się cyniczna. Nic dziwnego więc, że kościoły są pełne cyników. Najważniejsze są emocje (krzyki, drgawki, padania, obłęd, etc). Prawdy „przecież nigdy nie poznamy”. Prawda dzieli, obstawanie przy niej tylko podzieli. A przecież winna się liczyć szczerość i miłość. Relatywizm poznawczy – prawdy nie ma, jest nieosiągalny lub bez znaczenia. Relatywizm etyczny – nie ma żadnej wykładni moralnej – jest wykrzywionym obrazem Bożej łaskawości. Relatywizm religijny (synkretyzm) – nie można postawić Biblii nad Koran, w końcu wierzymy w tego samego Boga. Papież kiedy przemawiał do Muzułmanów ani razu nie wspomniał o potrzebie nawrócenia, nie mówił o jedynej drodze zbawienia przez krzyż, za to dużo mówił o Bogu miłosiernym i litościwym – a to najczęstsze określenie Boga w Koranie. Często słyszę: „nie ma pewności nigdzie.” Pozostaje jedynie nie zrealizowany potencjał. Kościół katolicki posyłał (i nadal to czyni) do piekła tych, którzy głosili pewność zbawienia. A i ludzkość dzisiaj znienawidziła pewność.
CO JEST TEGO OWOCEM
Zniechęcenie i utrata nadziei! Szczycimy się zwątpieniem i ignorancją (niepewnością). Szatan dobrze nas nauczył – zwątpienie jest cnotą. On od początku wpajał zwątpienie: „Czy rzeczywiście Bóg powiedział?” (Ks. Rodz. 3.1). Podał nam inną hipotezę do rozważenia. Niewyobrażalne dla nas staje się rozróżnienie zwątpienia od pokory. Nie potrafimy robić takich karkołomnych rozróżnień. Czyli, ujmując inaczej, nie możesz twierdzić coś z pewnością i zachować przy tym pokorę. Co więcej, obiektywna prawda nie może docierać do ciebie z zewnątrz. Od Boga, który przemówił pośrodku przyrody. To ty sam – swoim doświadczeniem – musisz wziąć na siebie przetestowanie tego, co Bóg mówi – dopiero potem możesz Mu zaufać. Wtedy to będzie twoja prawda, ta najprawdziwsza. Ewie w raju wyszło, że drzewo ma dobre owoce. Ale w momencie kiedy poddajemy Bożą wypowiedź testowi, sam wynik już nie ma znaczenia. Bo już zakwestionowaliśmy to, że Bóg nie panuje nad całą rzeczywistością i określa cechy owocu, który chcemy zjeść. I głosimy, że nie można Mu ufać! Nie możemy znieść Wszechmogącego Boga! Musimy zwlec go w dół, musimy zakneblować. Byśmy to my mogli zacząć przemawiać. Nie znosimy Boga, który z pewnością jednoznacznie i konkretnie określi cechy owocu, na który mamy ochotę. Sugestia – tak, hipoteza – owszem, ale nie na kategoryczne stwierdzenie. I wreszcie, nie możemy znieść Boga, który panuje nad historią i przypisze konsekwencje naszemu nieposłuszeństwu. Będzie nas sądził! Jaka jest alternatywa przed nami? Albo wierzymy Słowu, bo jest Słowem Bożym, albo wierzymy Słowu, bo ma ono sens w kategoriach naszego doświadczenia. Problem w tym, że wielokrotnie Słowo nie ma niby żadnego sensu, jeśli chodzi o nasze doświadczenie, emocje, wręcz kłócą się z każdym naszym najgłębszym przeświadczeniem, sprzeciwiają się wszystkiemu co czujemy lub co nam się wydaje za słuszne, całe nasze zrozumienie – kłuci się i zabija nas. Ale czy dlatego mamy porzucić Jezusa? Wyzwanie przed nami, to zwątpienie, cynizm i ujmując inaczej – heglowski proces darwinowskiej ewolucji, który wszystko ogarnia i wszystko relatywizuje. Bóg nie jest transcendentny, Bóg jak najbardziej jest częścią tego procesu. Co oznacza, że Jego Słowo musi poddać się wpływowi i ocenie maszerującej historii. Dlatego nie można znać prawdy, bo przecież jeszcze jesteśmy w drodze. Nie znamy końca. Tak jak koniec jest niedostępny tak i sama prawda. Nie ma obiektywnego punktu odniesienia. Wszystko się porusza, cała cywilizacja, Bóg. Hermeneutyka czyli nasza interpretacja Biblii jest jak najbardziej kształtowana przez postęp cywilizacyjny. Przecież świat mówi o Bogu! Ale nie możesz być zacofany, wsteczny, średniowieczny ciemnogród, musisz być progresywny, idący z duchem czasów, będący za rozwojem. Przecież nikt nie zabrania Ci wierzyć w Boga! Ale odrzuć staroświeckie i przestarzałe poglądy ap. Pawła.
GDZIE NALEŻY SIĘ UDAĆ
Ap. Paweł „maluje” zupełnie inną perspektywę naszego życia. „O tym co w górze myślcie…” (Kol. 3.2). Podczas kiedy jesteśmy w ruchu, kiedy następują zmiany w moim życiu, kiedy mają miejsce różne wydarzenia historyczne i zmiany cywilizacyjne, jest punkt odniesienia. Tym punktem jest Bóg, który króluje z nieba, i który przemówił. Bóg przemówił w historii, Jego autorytatywne objawienie jest skończone. Ani Fatima, ani Medjugorie, ani Oława, ani tzw. proroctwa w kościołach charyzmatycznych nie wpływają na kształt Słowa Bożego. To spisane Słowo Boże ocenia wszystko i bada wszystko, Słowo Boże w całej zbroi, to jedyna ofensywna broń. Luter w nim szukał schronienia. A przecież kiedy mówimy, że Biblia jest prawdziwa, nie mamy niczego innego na myśli, jak tylko to, że wydarzenia, o których mówi Biblia, rzeczywiście miały miejsce w zwykłym czasie kalendarzowym, a inne zapowiedziane na pewno będą miały miejsce w przyszłości.
CO GŁOSIĆ?
Musimy głosić Ewangelię (Dobrą Nowinę), że Chrystus pojednał nas przez krzyż. Ale tutaj spotykamy się z opozycją. Żyjemy w czasach kiedy ludzie, którzy trzymają się Słowa, coraz bardziej są postrzegani, jako siejący zamieszanie, niepokój, niezgodę. Co teraz będzie dla nas ważniejsze? Oddanie się Chrystusowi? Czy inne oddania? Z historii wiemy co liczyło się dla arcykapłanów i faryzeuszów. Co dla nich było najważniejsze? Oddanie Bogu, trwanie w Jego słowie? Bynajmniej! Luter myślał zupełnie inaczej niż wspomniani. Dla niego najważniejsze było oddanie się Chrystusowi przez Słowo. Jeśli jakiś człowiek, jakaś instytucja, jakiś kościół chce znaleźć ocalenie, stanie się to tylko w jeden sposób, przez złożenie nadziei w Chrystusie i Jego krzyżu. I to tylko przez Słowo. Tak więc, gdzie twoja nadzieja? Gdzie twoja niezachwiana pewność? Czy w Chrystusie i Jego krzyżu?
Czy potrzebna jest reformacja? Czy potrzebne jest nawrócenie? Czy potrzebna jest czujność i zdeterminowane opowiedzenie się za prawdą – Słowem?
Jak najbardziej! Gdy tylko pojawiło się Słowo, od razu pojawiło się anty słowo. Kiedy pojawia się nadzieja, pojawia się też zniechęcenie, które pod pozorem niesienia pokoju i pseudo miłości usiłuje wszystko wystudzić, popsuć.


autor nieznany

Wróć do „O tym i o tamtym”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości